O tym, dlaczego pary tak długo zwlekają z decyzją o terapii, co naprawdę stoi za oporem przed sięgnięciem po pomoc oraz jakie mity wciąż krążą wokół wspólnej pracy w gabinecie rozmawiamy z psycholożką i psychoterapeutką, Pauliną Kozioł-Zduniak. Czy terapia to rzeczywiście „ostatnia deska ratunku”? Skąd bierze się wstyd i lęk przed oceną? I dlaczego tak często dopiero widmo rozstania mobilizuje partnerów do działania?
W wywiadzie rozmawiamy o stereotypach, finansowych i organizacyjnych barierach, różnicach między dużymi miastami a mniejszymi miejscowościami oraz o tym, co dzieje się, gdy jedna osoba chce walczyć o relację, a druga nie widzi sensu terapii. To rozmowa o odpowiedzialności, odwadze i o tym, że szukanie wsparcia nie jest porażką – lecz próbą zatrzymania się i zadbania o związek, zanim dystans stanie się zbyt duży.
Zapraszamy do lektury wywiadu.
Jak często spotyka się Pani z sytuacją, że pary zgłaszają się na terapię zbyt późno?
Nigdy nie jest zbyt późno 🙂
Ale faktycznie często bywa tak, że na terapię zgłaszamy się dopiero wtedy, gdy wypróbujemy już wszystkie znane i dostępne nam sposoby radzenia sobie. Najpierw próbujemy „wziąć się w garść”, przeczekać trudniejszy czas, porozmawiać z bliskimi, zmienić nawyki, zagłuszyć trudne emocje pracą lub obowiązkami. Dopiero gdy kolejne rozwiązania nie przynoszą ulgi, pojawia się myśl, że terapia to ostatnia deska ratunku.
Im dłużej jednak odwlekamy decyzję o sięgnięciu po wsparcie, im więcej nierozwiązanych spraw i napięć się kumuluje, tym trudniej odzyskać równowagę i poczucie sprawczości. Problemy mają tendencję do narastania, a utrwalone schematy – do umacniania się. To, co na początku było pojedynczą trudnością, z czasem może wpływać na różne obszary życia: relacje, pracę, zdrowie czy poczucie własnej wartości.
Warto pamiętać, że terapia nie jest oznaką porażki ani słabości. To forma świadomej troski o siebie i swoje życie. Czasem wystarczy niewielki impuls, bezpieczna przestrzeń do rozmowy i nowe spojrzenie, aby rozpocząć realną zmianę. Im wcześniej pozwolimy sobie na wsparcie, tym łagodniejsza i bardziej satysfakcjonująca może być droga do poprawy jakości życia.
Jakie są najczęstsze powody, dla których pary unikają terapii?
Wstyd. Skoro decydujemy się na terapię, to znaczy, że „sobie nie radzimy”. A co będzie, jeśli ktoś się dowie? Co pomyślą inni? Ten stereotyp wciąż jest bardzo silny – w wielu środowiskach pokutuje przekonanie, że po pomoc zgłaszają się tylko „słabi” albo ci, którzy ponieśli życiową porażkę. Tymczasem sięgnięcie po wsparcie wymaga odwagi i dojrzałości, a nie słabości. To świadoma decyzja, by coś zmienić, zamiast udawać, że problem nie istnieje.
Obawy. Boimy się, że w trakcie rozmów wyjdzie na jaw coś, co skrzętnie ukrywaliśmy – przed partnerem, przed bliskimi, a czasem nawet przed samymi sobą. Że trzeba będzie nazwać to, co przez lata było zamiatane pod dywan. A to bywa trudne i konfrontujące. Pojawia się lęk przed bólem, przed oceną, przed utratą kontroli nad tym, co dotąd było „jakoś poukładane”.
Mamy też wątpliwości, czy podczas spotkań nie zostanie wskazany winny. Czy terapeuta nie „opowie się po którejś stronie”. Czy nie okaże się, że to jedno z nas zawiodło bardziej – i że będzie jeszcze gorzej niż jest teraz. W rzeczywistości terapia par nie polega na rozstrzyganiu, kto ma rację, lecz na zrozumieniu mechanizmów, które doprowadziły do kryzysu, oraz na szukaniu nowych sposobów komunikacji i budowania relacji.
Często spotykam się również z przekonaniem: „Po co mamy iść razem? To wina tej drugiej osoby, niech sama idzie na terapię”. Łatwiej jest wskazać palcem niż przyznać, że w relacji odpowiedzialność zwykle rozkłada się po obu stronach. Nawet jeśli jedna osoba popełniła konkretny błąd, dynamika związku tworzy się wspólnie.
Przyznanie, że oboje mogliśmy coś przeoczyć, zaniedbać czy nie umieć inaczej, wymaga pokory. Ale dopiero w tym miejscu zaczyna się prawdziwa zmiana. Terapia nie jest sądem – jest przestrzenią do rozmowy, zrozumienia i odbudowywania tego, co dla obu stron jest ważne.
Czy istnieją pewne mity wokół terapii par, które szczególnie zniechęcają ludzi?
Myślę, że bardzo podobne przekonania pojawiają się w przypadku terapii indywidualnej – że korzystają z niej osoby, które „same sobie nie radzą”, choć przecież powinny. Że skoro potrzebują wsparcia, to znaczy, że coś jest z nimi nie tak. W tle często wybrzmiewa surowy, wewnętrzny komunikat: „inni dają radę, więc ja też powinienem”.
Silne jest również przekonanie, że problemy należy załatwiać w domu, w czterech ścianach, a nie „wynosić je” na zewnątrz i opowiadać o nich obcej osobie. Dla wielu osób mówienie o trudnościach komuś spoza rodziny wciąż kojarzy się z nielojalnością lub słabością. Tymczasem rozmowa z terapeutą nie jest zdradą ani naruszaniem prywatności, lecz próbą zadbania o siebie i swoje relacje. Czasem właśnie obecność neutralnej, życzliwej osoby pozwala zobaczyć sytuację szerzej i znaleźć rozwiązania, których wcześniej nie byliśmy w stanie dostrzec.
Jakie emocje lub lęki najczęściej powstrzymują partnerów przed umówieniem pierwszej wizyty?
Wstyd oraz lęk przed tym, co nowe i nieznane, często skutecznie powstrzymują przed sięgnięciem po pomoc. Zmiana, nawet jeśli potrzebna, budzi naturalny niepokój – bo oznacza wyjście poza to, co oswojone i przewidywalne. Łatwiej trwać w znanym schemacie niż zrobić krok w stronę czegoś, czego nie potrafimy jeszcze sobie wyobrazić.
Pojawiają się też obawy przed wzięciem odpowiedzialności za swoje życie i relacje. Podjęcie terapii wiąże się z gotowością do działania, do przyjrzenia się sobie i wprowadzenia realnych zmian. A to bywa trudne, zwłaszcza gdy – mimo wszystko – zdążyliśmy już przywyknąć do obecnego stanu rzeczy, nawet jeśli nie daje on satysfakcji. Paradoksalnie to, co niewygodne, może stać się „bezpieczne”, bo jest znane. Zmiana wymaga odwagi, ale też daje szansę na wyjście poza to, co od dawna przestało nam służyć.
Czy wśród par częściej pojawia się obawa przed „obwinianiem” lub ujawnieniem trudnych prawd?
Myślę, że często właśnie tak to wygląda. Z jednej strony przychodzimy z silną potrzebą obwinienia partnera, czasem wręcz „naskarżenia” na niego i udowodnienia swoich racji. Z drugiej – towarzyszy nam lęk, że sami usłyszymy coś trudnego na swój temat, że będziemy musieli zmierzyć się z niewygodną prawdą o sobie i swoim wkładzie w relację.
Nagle pojawia się konieczność rozmowy o sprawach, o których przez lata nie umieliśmy albo nie chcieliśmy rozmawiać. A nawet jeśli temat był poruszany, to w zupełnie inny sposób – w napięciu, złości czy wzajemnych oskarżeniach. Terapia zakłada zmianę tej dynamiki, co samo w sobie może budzić opór i niepokój.
Dodatkowo każdy z nas nosi w sobie sekrety, przemilczenia, niewypowiedziane żale czy potrzeby. Perspektywa ich ujawnienia bywa przerażająca. To naturalne, że obawiamy się konsekwencji szczerości. Jednocześnie właśnie w tej szczerości – prowadzonej w bezpiecznych warunkach – często kryje się szansa na realną zmianę i głębsze zrozumienie siebie nawzajem.
Na ile wstyd i poczucie porażki wpływają na decyzję o niepodejmowaniu terapii?
Wstyd i poczucie porażki w istotny sposób wpływają na decyzję o niepodejmowaniu terapii, odkładaniu jej w czasie lub przerywaniu spotkań po kilku sesjach. Dla wielu osób samo zapisanie się na konsultację bywa wewnętrznie interpretowane jako dowód, że „coś się nie udało”. Niestety, przekonanie, że terapia jest równoznaczna z przyznaniem się do porażki, wciąż pozostaje bardzo silne.
W efekcie łatwiej zrezygnować, niż zmierzyć się z dyskomfortem i pozwolić sobie na proces. Tymczasem terapia nie jest oceną ani etykietą – to przestrzeń do uczenia się nowych sposobów radzenia sobie i budowania bardziej satysfakcjonującego życia. Zmiana narracji z „poniosłem porażkę” na „szukam wsparcia i rozwoju” może być pierwszym, bardzo ważnym krokiem w stronę realnej poprawy.
Jak duży wpływ na rezygnację z terapii mają kwestie finansowe lub organizacyjne?
Fundamentalną rolę odgrywa także kwestia finansowa. Niestety wciąż trudno znaleźć terapię par lub małżeńską w formie refundowanej, a koszt prywatnych spotkań bywa dla wielu partnerów znaczącym obciążeniem. Często mimo to decydują się spróbować – jednak brak możliwości regularnych sesji sprawia, że terapia przybiera formę interwencji kryzysowej: zgłaszają się dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś szczególnie trudnego.
Zdarza się również, że sama kwestia opłat staje się kolejnym polem konfliktu. Płatność za sesje bywa używana jako argument w sporze, a nawet narzędzie podtrzymywania napięcia w relacji.
Do tego dochodzą kwestie organizacyjne – konieczność zgrania grafików zawodowych, znalezienia opieki dla dzieci, wygospodarowania czasu i energii. To wymaga realnego zaangażowania i wspólnej decyzji, że relacja jest na tyle ważna, by nadać jej priorytet. Terapia par to proces, który potrzebuje regularności i konsekwencji – a te są możliwe tylko wtedy, gdy obie strony uznają ją za wspólną inwestycję, a nie przykry obowiązek.
Czy zauważa Pani różnicę w podejściu do terapii między parami z dużych miast a parami z mniejszych miejscowości?
W dużych miastach widać zdecydowanie większe przyzwolenie i akceptację dla korzystania z terapii – zarówno indywidualnej, jak i małżeńskiej. Coraz częściej mówi się o niej otwarcie, a sporadycznie można wręcz odnieść wrażenie, że „posiadanie swojego terapeuty” stało się czymś naturalnym, a nawet modnym. Znajomi polecają sobie specjalistów, dzielą się doświadczeniami, traktując terapię jako element dbania o siebie, podobnie jak rozwój osobisty czy troskę o zdrowie.
W mniejszych miejscowościach sytuacja bywa bardziej złożona. Mieszkańcy częściej decydują się na wizytę w oddalonej dzielnicy lub w innym mieście, nawet jeśli kompetentny specjalista przyjmuje tuż obok. Obawa przed rozpoznaniem, plotką czy oceną ze strony sąsiadów potrafi być silniejsza niż wygoda i oszczędność czasu.
Anonimowość, jaką daje duże miasto, sprzyja większej swobodzie w sięganiu po pomoc. Tam, gdzie „wszyscy się znają”, decyzja o terapii wymaga często dodatkowej odwagi. To pokazuje, jak ogromny wpływ na gotowość do korzystania ze wsparcia ma kontekst społeczny i kulturowy, w którym żyjemy.
Jak często bywa tak, że jedna osoba chce terapii, a druga zdecydowanie nie — i co stoi za takim oporem?
Najczęściej spotykam się z tym, że jedno z partnerów zostaje przyprowadzone niechętnie. Czuje, że coś się dzieje, nie jest szczęśliwe, a mimo to nie ma gotowości do podjęcia zmian, pracy. Nie wierzy w sukces terapii.
Mimo to przychodzi, co rozumiem jako nadzieję na zmianę. Cichą wiarę w to, że jeszcze może być inaczej. I najczęściej już po kilku spotkaniach coś się odblokowuje, każda z osób znajduje dla siebie przestrzeń na sesji i coraz śmielej angażuje się w to, nad czym pracujemy.
Osobiście bardzo lubię obserwować to powolne opuszczanie gardy.
Czy unikanie terapii wynika czasem z przekonania, że „problem sam się rozwiąże”?
Czasami faktycznie trzymamy się przekonania, że jeśli nie będziemy o czymś mówić głośno, to to zniknie. Albo że nie ma problemu, póki nikt go głośno nie nazwał, nie wskazał.
Tworzy to nam takie „obszary tabu” do codziennego omijania. Przez lata jednak tych obszarów robi się coraz więcej i w pewnym momencie już nie dajemy rady poruszać się slalomem. Już pod tym przysłowiowym dywanem jest tak dużo, że nie ma jak stawiać kroku. Bo spod dywanu przecież nic nie znika samo.
Jak kultura i wychowanie wpływają na to, że pary traktują szukanie pomocy jako „ostatnią deskę ratunku”?
Przez pokolenia wzmacniane jest przekonanie, że trzeba być silnym i radzić sobie samodzielnie ze wszystkim, w tym z problemami. Proszenie o pomoc odbierane było jako słabość i przyznanie do tego, że sobie nie radzimy. Uczymy się, jak tego nie robić.
A przecież właśnie udanie się po wsparcie, pomoc, szukanie różnych sposobów na poprawę relacji jest naszym radzeniem sobie i dążeniem do zmiany.
Jakie stereotypy płciowe mogą utrudniać decyzję o wspólnej terapii?
Klasycznie oczekuje się, że mężczyzna będzie silny, stanie się oparciem dla partnerki i niezłomnym ramieniem dla całego świata. Ma wszystko załatwiać sam, nie ponosić kosztów emocjonalnych i absolutnie nigdy nie okazywać uczuć, bo każde ich ujawnienie mogłoby zostać odebrane jako oznaka słabości. Trochę jak James Bond – zawsze opanowany, niedostępny i niezniszczalny. Nie bez powodu jednak James Bond jest bohaterem filmów, a nie realnym wzorcem zachowań 🙂
W gabinecie często okazuje się, że wielu mężczyzn przez lata funkcjonowało pod presją takich stereotypów. Kiedy po raz pierwszy pozwalają sobie na rozmowę o emocjach, trudnościach czy wątpliwościach, doświadczają ogromnej ulgi. Odkrywają, że wrażliwość nie osłabia, lecz pozwala na prawdziwe zrozumienie siebie i bliższe, bardziej autentyczne relacje z partnerką.
Jakie są najczęstsze konsekwencje odkładania terapii par na później?
Często ostatecznie słyszę dylemat – albo terapia, albo rozwód. Powstaje bilans, czy naprawa jeszcze ma sens. Jednocześnie ilość trudności, sporów, żalu i oskarżeń rośnie i wydłuża się na lata. To tak oddala od siebie partnerów, że przypomnienie sobie z tej odległości dlaczego w ogóle jesteśmy razem bywa czasami niemożliwe.
Co mogłoby pomóc zwiększyć świadomość i zmniejszyć opór przed szukaniem pomocy?
Normalizacja terapii, akceptacja i oswojenie z tym, że chodzenie do terapeuty to zupełnie normalna sprawa. I czas.
Uważam, że zbytnie reklamowanie i koncentracja na marketingu terapii może powodować modę, nieustanne krążenie między terapeutami nie po to, żeby coś wypracować, ale być w nieustannym procesie. Może też rodzić presję w drugą stronę. Zupełnie niepotrzebnie.
Należy dodać, że terapia jest metodą leczenia. Żeby leczenie było potrzebne i skuteczne, musi być najpierw cierpienie, którym potrzebujemy się zająć. Inaczej braknie motywacji do kontynuowania spotkań i aktywnego w nie zaangażowania.
Co powiedziałaby Pani parom, które wahają się przed zrobieniem pierwszego kroku?
Spróbujcie. Jeśli zastanawiacie się nad wizytą u terapeuty, może to być sygnał, że w waszej relacji jest coś, czemu warto się przyjrzeć. Pierwsza wizyta nie jest operacją na otwartym sercu – można przyjść spokojnie, opowiedzieć o swoich obawach i wątpliwościach, a także dowiedzieć się, jak wygląda praca w gabinecie i czego można się spodziewać.
Terapeuta nie jest sędzią ani prokuratorem. Nie chodzi o wskazywanie winnych, stawanie po czyjejś stronie ani zmienianie partnera, lecz o stworzenie bezpiecznej przestrzeni do rozmowy i zrozumienia siebie nawzajem. Obawy i niepewność przed nowym są naturalne – można je ze sobą zabrać i stopniowo oswajać w trakcie spotkań. Często już samo pojawienie się w gabinecie przynosi ulgę i pierwszy impuls do pozytywnej zmiany w związku.





